nr. 83
VICTORIA, BC,
Grudzień 2017
NavBar

INFORMACJE 
LOKALNE
ważne adresy i kontakty

REKLAMA
Polskie delikatesy
w Victorii


NADCHODZĄCE IMPREZY
I WYDARZENIA

Obiad Noworoczny
Dom Polski
14 stycznia

Zabawa Sylwestrowa
Dom Polski
31 grudnia


ARTYKUŁY

Bibliotekarka
Dyżurna


Z. Kossak-
Cicha Noc


S. Smolka-
W Wigilię

Bożego Narodzenia

Opłatek
tradycja

B.Ulewicz-
Camino

pielgrzymka

E.Kamiński-
Zapiski"

ciąg dalszy

S. Rdesiński
Flis

odrzański

A.Kurnicki-
Generał Rowny

wspomnienie

Orle gniazdo
polska legenda

Teleskop TMT
astronomia

Życaenia
świąteczne


Helena Mniszkówna
Trędowata

odc. 38

Rozmaitości

Indeks autorów

Stefan Rdesiński

Flis 2017
odcinek drugi

Dziennik z podróży - XXII Flis Odrzański 2017

KĘDZIERZYN - KOŹLE MARINA LASOKI 22-06-2017

Od rana w marinie ruch. Zjawia się właściciel mariny, posiadacze łódek, remontujący swoje jednostki, a u nas „Małpa” z naprawionymi siłowniczkami, którymi blokujemy rozłożoną już tratwę. Z tyłu z braku utopionej sprężyny, spinamy jednostkę pasem transportowym. Wnosimy i lokujemy dobytek montujemy silnik i przedni ster z grillem. Przesuwamy lekko tratwę, żeby nie stać w slipie, który innym będzie za chwilę potrzebny. - Powinieneś kojarzyć właściciela mariny – mówi „Małpa” i przypomina mi moje poszukiwania szwalni, która szyłaby Big-Bagi dla francuzów, z którymi miałem wtedy kontakty - Miał wtedy dużą szwalnię i to z nim Cię wtedy kontaktowałem. Odświeżam pamięć… świat jest mały. Zapraszam na wieczornego grilla oddalającego się kumpla dodając: - I siostrę ze szwagrem mi przyprowadź! - Jesteście z Flisu? - Słyszę głos z sąsiedniej łódki - Mamy nadzieję być. Chyba już nic nam nie przeszkodzi - odpowiadam. -Wczoraj tu slipowaliśmy. - To mieliście szczęście – słyszę w odpowiedzi - Za Chałupkami wody zabrakło. Wszystko stanęło. Tratwę trzeba było rozbierać na kawałki i ściągać dźwigiem. Słowacy też nie dali rady. Jakoż i rzeczywiście na parkingu w marinie pojawił się jakiś nowy obiekt w postaci pięknej drewnianej słowackiej tratwy. - Jutro będą ją ściągać do siebie, ale meandry za Bohuminem, pokonali, co było ich celem - kontynuują nasi rozmówcy. Jeszcze tego samego dnia pojawiają się organizatorzy. Dowiadujemy się o planach na jutro. Jesteśmy gotowi do wypłynięcia. Wieczorem docierają goście. Stach rozpala grilla. Lubi to zajęcie i właściwie grilla wziąłem ze sobą głównie ze względu na niego. Jest przed rejsowa atmosfera, kiełbasa, piwo, śpiewy. Żegnamy się późno. Siostra wyjeżdża jutro w Bieszczady. W innych warunkach bym jej zazdrościł, ale nie tym razem.

KĘDZIERZYN-KOŹLE 98 km - KRAPKOWICE 122 km 23-06-2017

Z rana mała odprawa przed wypłynięciem. Zasady wspólnego pływania, koszulki spływowe. Jesteśmy pierwszy raz na flisie, więc słuchamy z uwagą. Pojawia się radio i telewizja z Opola. Przeprowadzają wywiady. Panią redaktor oprowadzam po tratwie i prezentuję zastosowane pomysły. Składany domek, naszą elektrownię w postaci panelu, grill - który jest jednocześnie sterem i zaplecze toaletowe z prysznicem WC, bidetem i umywalką. Krótkie odejście od brzegu, kółko na rzece i powrót. Nagrywane są efekty dźwiękowe. Szum fal, świst wiatru, etc. Start o godz. 12-tej. Staramy się raczej trzymać końca niż początku, ale początek końcowi bliski, bo załóg ok. 5. Trasa niedługa i spokojna. Silnik pracuje miarowo na niziutkich obrotach. Trochę mnie irytuje to wspólne płynięcie. Nie jestem przyzwyczajony do takiego pływania ograniczającego moją wolność na wodzie, ale cóż, takie są wymogi flisu. Ma to też swoje uzasadnienie i ze względu na śluzy przekraczane po drodze i ze względu na programy gospodarzy, którzy też mają narzucone limity czasowe. Na razie rozkoszujemy się rzeką podziwiając jej uroki, a wiążąc cumę (coś na kształt lejc) do naszego żurawia, który jest jednocześnie i sterem i grillem, zapewniamy sobie komfort siedząc na pokładzie w fotelach. W Krapkowicach jesteśmy zgodnie z planem i od razu zawłaszczają nas miejscowe władze, jest prezentacja jednostek, wręczenie przygotowanego memoriału w sprawie Odry i zaproszenie na rynek, gdzie odbywa się koncert miejscowej orkiestry. Po oficjalnej części mamy czas do własnej dyspozycji. Marina Krapkowicka spełnia nie tylko swoje podstawowe zadanie, ale wydaje się też być miejscem spotkań koleżeńskich i mini ośrodkiem kultury. Posiada wszystko, czego potrzeba. Prąd toalety, prysznice, a nawet niewielki bar. Zauważam, że niebieskie koszulki z logo flisu jakby się rozmnożyły. To jawny dowód, że dotarły nowe załogi. Zajeżdża też ciężarówka z rozebraną za Chałupkami tratwą z flisakami. Zawieramy pierwsze znajomości– na razie nieśmiało.

KRAPKOWICE 122 km - OPOLE 150 km 24-06-2017

- Można na pokład? – Słyszę z rana przy dopiero, co zrobionej kawie budzącej - Właź! Faktycznie pakuje się dwu poznanych wczoraj flisaków Zdzichu i Paweł. - Słuchaj stary. Nudno tak jechać szosą z tratwą, gdy wy płyniecie. Można by z wami? - Pod warunkiem, że nie ważycie razem więcej niż tonę, bo tyle mi zostało wyporności –odpowiadam oglądając ich sylwetki, których raczej mogę im zazdrościć. - To my skoczymy po ciuchy. Tylko nie odpływajcie bez nas! - Nie ma strachu, bo Stach jeszcze nie przyniósł sobie śniadaniowej bułeczki - rezonuję. Jako i niebawem nadchodzi Stach z bułeczką i nasi nowi załoganci z czymś na kształt… bułeczki. Wyruszamy w czwórkę. Chwilo trwaj!!! Paweł od razu załapuje lejce i bardzo mu odpowiada rola furmana. Wdaje się w rozmowę ze Zdzichem o Sanie, jako że z Ulanowa. Opowiada mi zdarzenie sprzed 3 lat, jak spotkał podobną tratwę przy moście k. Niska. To była moja tratwa. Wspominamy sobie tamto spotkanie. Twarzy zapomnieliśmy, ale zdarzenie pamiętamy. Pozostali podziwiają, nasadzają się, kontemplują... Sielanka wieczna nie jest. Gorzej jak jej koniec następuje zbyt szybko. Sąsiednie łódki coś nam wskazują na rufie próbując zwrócić naszą uwagę. Nic nie zauważam. Silnik pracuje miarowo. W końcu podpływa motorówka. - Macie problem z chłodzeniem! Brak przelewu wody! Nic z tego i tak nie rozumiem, bo o silnikach wiem tylko tyle, że chodzą na benzynę lub ropę. Z takimi na wodę jeszcze się nie spotkałem. Stach ogląda sinik, a ja odsunięty jednym gestem Stacha jedynie się przyglądam. Faktycznie z boku wystaje jakaś rurka, z której nasz silnik popluwa sobie od czasu do czasu wodą. Stach bada ciepłotę i natychmiast odsuwa rękę. Silnik jest mocno przegrzany, a za chwilę z owej rurki zaczyna lecieć para jak z czajnika po zagotowaniu. Natychmiastowe wyłączenie silnika kończy ogląd. Idziemy samo spływem. Mamy dwu zawodowych flisaków, dwa wiosła, dwa pychy. Do Opola damy radę.
By nie hamować całego flisu pojawia się motorówka, a po niedługim czasie druga i cumując do naszych burt biorą nas na hol. Poruszamy się spięci w trzy jednostki tempem właściwym bez żadnego problemu. Nasze pływaki są opływowe, a ich silniki dużo większej mocy. Jak to bywa w takich przypadkach życie towarzyskie rozkwita, bo i powierzchnia się zwiększa i ilość osób do dyskusji. Pogoda dopisuje, słońce praży, wiatr nie przeszkadza. Pokonujemy śluzy wspólnie ze wszystkimi. Nasze pływaki mają kształt opływowy, co daje niski opór, jednak wadą jest mała stabilność. Trzeba rozkładać odpowiednio na niej ciężar, by nie zmieniać nadmiernie położenia środka masy, co skutkuje przechylaniem się tratwy. Staram się to robić w trakcie, gdy inni przemieszczają się po pokładzie. Część nas na rufie, część na dziobie. - Może w ślizg? – Słyszę wymianę zdań sterników motorówek i za chwilę wzmocniony głos ich wielokonnych silników. ALE JAZDA! Można powiedzieć, że „Szuszfol” z napędem rakietowym. Prujemy to tej toni, a właściwie ślizgamy się po niej. Beztroska i uśmiechy na twarzach. Zdzich przypomniał sobie, że ma coś do załatwienia na dziobie, Stach ruszył za nim, a ja czuję jak unoszę się górę i w górę… Nagle ogromna fala przetacza się przez całą tratwę, a motorówki stają dęba. Zaczepiliśmy pokładem o wodę i przy tej prędkości musiało się skończyć wymyciem pokładu. Najlepiej człowiek uczy się na własnych błędach, zwłaszcza na drugich, bo „mycie pokładu” zaliczyliśmy na tej trasie jeszcze raz. Pozostały do Opola odcinek przepłynęliśmy spokojnie. Zacumowaliśmy w marinie na prawym brzegu. Każdy poszukiwał zimnego piwa i kawałek cienia. Był a jakże catering zorganizowany przez gospodarza. My musieliśmy się pilnie zająć silnikiem, bo sobota i nie wiadomo gdzie jeszcze czynny jakiś serwis. Wodniacy to naród szczególny, a że na rzece niezbyt liczny, przeto i znajomości, choć krótkie nacechowane zawsze życzliwością chęcią pomocy. Rozpytujemy się o jakiś serwis. - Poczekajcie, spytam znajomego – odzywa się jeden z uczestników -Cześć Janek! Mamy kłopot z silnikiem a jesteśmy w trakcie flisu Pomożesz? –Słyszymy rozmowę i po chwili dostajemy adres serwisanta. To nie daleko, tuż za rzeką… jakieś 500 metrów w marinie na drugim brzegu. Wystarczy przejść przez mostek. Ktoś z gości, lub nawet właściciel cateringu oferuje swój samochód i razem ze Stachem i silnikiem jadą do fachowca. Ja w międzyczasie opracowuję plan „B”. Rozdzwaniam się po znajomych w sprawie wypożyczenia silnika, ale jest sezon i wszystkie są w użyciu. Wreszcie telefon do Pawła, którego firma mieści się obok mojej i też jest tratwiarzem daje mi nadzieję. - Nie wiem jeszcze jak będzie z naszym, ale gdyby, – co to mam alternatywę i skorzystam. Zadzwonię później. Wraca Stach. - Fachowcy - rzuca tylko - Gość, który mnie wiózł dał telefon, żeby jutro zadzwonić to pomoże transportem – dodaje. Możemy zainteresować się wreszcie cateringiem. Ktoś funduje wódkę, na którą w tym upale chętnych jakoś nie ma. Szukamy cienia konsumując i popijając chłodne piwo. - Na głodzie składne zdania mi nie wychodzą, ale teraz mogę ci powiedzieć. Trzeba fachowcowi zanieść zbiornik z paliwem -mówi Stach ocierając usta Zbiornik 30 litrów pełen, bośmy sobie na własnym silniku nie popływali, ale pakujemy go na wiosło jak świeżo upolowaną zwierzynę i niesiemy na drugi brzeg rzeki. - Możemy, w czym pomóc? Pytam szczupłego siwiejącego fachowca w przedemerytalnym wieku ze zgaszonym papierosem w ustach. - Silnik umyć -rzuca w kierunku Stacha głosem niebudzącym wątpliwości - O! Takie mi kup –zwraca się do mnie podtykając pod nos pustą paczkę. Bezdyskusyjnie wykonujemy polecenia. Umyty silnik wkładamy do beczki, uruchamiamy … i nadal nie sika. - Turbinka. Trzeba rozkręcić. -Mówi patrząc na nas, co oznacza, że mamy wyjąć silniki z beczki. Obserwujemy jak wykręca spodzinę i dobiera się do pompki. - O! Poszły –wskazuje palcem na urwane łopatki i wyjmuje w części tylko zębatą turbinkę. - O! To najważniejsze. Nie gubić! – Wsadza nam prawie w oko maleńki klinik z turbinki. Na skuterze podjeżdża właściciel owego serwisu zwany przez starszego Hansem. -Da się zrobić?- Pytamy z obawą, bo sobota się kończy, a jutro niedziela. - Z rana pojadę w parę miejsc. To stary typ, ale coś powinienem dobrać. Przyjdźcie na 10-tą uspokojeni wracamy dokończyć konsumpcji. Z rana w niedzielę flis odpływa. Jeśli będziemy mieli silnik na 10-tą, to spóźnienie tylko parogodzinne i na wieczór winniśmy ich dogonić. Nadchodzi noc i w zasadzie każdy sypia w swojej łodzi. Janek ma omegę z wielką flagą Brzegu zamiast żagla, niewielki silniczek, ale jest najruchliwszą załogą na wodzie. Jest lekki i ma tak niewielki opór, że nawet przy niskich obrotach musi robić zakosy i nawroty by utrzymać się w naszym tempie -stąd wszędzie go pełno. On jeden z nielicznych pływa z namiotem, a na nabrzeżu piękny beton. Proponujemy mu nocleg na tratwie na wygodnym piankowym materacu. Wystarczy złożyć kuchenkę i jest trzecie łóżko. Przyjmuje propozycję z zadowoleniem.

Cdn.

  Następny artykuł:

Napisz do Redakcji